lęk...
wczoraj.... Wczorajszego wieczoru z ogromnym natężeniem pojawiał się lęk... Wszedł cicho od strony lasu przez uchylone drzwi na balkon... Nie musiał się rozglądać, drogę znał dobrze do mojego wnętrza... Od ostatniej jego wizyty nic się tutaj nie zmieniło, pośród tych rozrzuconych książek, płyt, setek kartek zapisanych z jednej strony zadaniami z terapii, z drugiej wierszami... Niejednokrotnie pytałam siebie, jak unieść ten stan... Jak przejść do porządku dziennego, kiedy wszystko się rozsypuje, zapada... Pustka...i znów dotykam dna ciemności... Jakaś delegacja poza ciało i duszę... w celu wytropienia pragnień podświadomości... w celu odnalezienia interlinii oddzielającej to co teraz, od szczęścia, spokoju i bezpieczeństwa...? Kolejny drink... Kolejna łza...Znów nie wiem gdzie jestem... Otacza mnie wstręt do człowieka i litość zarazem dla jej marnego i wrednego wnętrza...nie wiem nawet do końca czy pragnę je zaakceptować i uznać, czy nie... Nie chcę być już Dobrym Duchem otoczenia, tego...