w teorii, niewiele może mnie zranić. w teorii, jestem niezniszczalna i nietykalna... życie wraz z siłą we mnie kotłuje się żyłami i pulsuje wraz z sercem... w teorii jestem w stanie znieść wszystko- zniosę obelgi i wyzwiska, zniosę publiczne szkalowanie... nie wywrze na mnie wrażenia wykrzywiona grymasem zawiści twarz ludu o wielu oczach i wielu krzyczących głośno ustach.... w milczeniu przejdę przez tłum, dźgana, wyszydzana i wytykana palcami... to trwa już całe moje wewnętrzne tysiąclecia.. zdążyłam zamknąć swe uszy i oczy na tak nędzne widoki... zniosę płomienie i lód.. zniosę wodę wlewającą się wraz z powietrzem do mych płuc. zniosę wszystko, i nic nie poruszy mych ust... nic nie zamknie mi na wieki oczu... nic nie zmąci rysów mojej twarzy( nikt nie docenia faktu jak bardzo staram się nie być rozszalałym psychopatą ;) ). pozostanę niezmieniona, niczym wyrzeźbiona z marmuru... Lecz gdy znajdę się poza zasięgiem ludzkich dłoni, oczu... gdy wiatr nie zdoła im przynieść dźwięku z moje...