Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2008

dziś...

Obraz
dziś jestem jak  nuta rzewna... Nie wiem co się dzieje, chyba dopiero teraz zaczęłam łączyć fakty... Robię rzeczy, których potem zupełnie nie pamiętam albo, co gorsze, mówię coś jakby nieświadomie... Rozmawiam z kimś, totalnie się zamyślam i odpowiadam mechanicznie, tak jakby mój mózg potrafił się rozdwoić i jednocześnie udzielać odpowiedzi i dumać... nigdy nie pomyślałam, że nie będzie ze mnie emanować żadne uczucie... a jednak... sen o kąsających żmijach i uciekaniu...    

szkarłatna litera..

Obraz
To bardzo trudne być ofiarą... nigdy nie chciałam nią być... zawsze byłam "ta silna".. zawsze sobie radziłam. Mam na sobie..szkarłatną literę... taką..która nie chce sie zagoić... codziennie przypomina mi o brudzie który mam na sobie.. w sobie... tak często się boję.. Tak często jestem słaba... Tak bardzo boję sie to pokazać... Brudna przestrzeń, pełna przegniłych odpadów...mnie.. Biernie, acz dziwnymrytmem samozwańczo, kładę się w mogile myśli…letarg… Wygłodzone myśli rozpełzły się w poszukiwaniu  drogi ucieczki… dziury w mózgu, co pozwolisię uczepić…wyfrunąć... Koszmary zabijają mnie od wewnątrz.. Każda noc znów jest ponad mnie...przestałam zatem sypiać... Wiem że długo nie wytrzymam..co wtedy... będę musiała zasnąć..i znów będę tam.. i będzie On... w snach boli równie mocno jak w rzeczywistości... chciałabym by okazało sie..iż jest sprawiedliwość na tym świecie... 15 grudnia... pierwsza rozprawa... może zdążę umrzeć do tego czasu...    

kołysałam się...

Obraz
Nikt nie wie kiedy to się zaczęło... Tato lubił małe dziewczynki... malutkie... Lubił je rozbierać do naga..dotykać... Mama nic nie widziała..krzyczała na mnie ze jestem bezwstydna... Ja nie wiedziałam ze cos złego sie dzieje.. tato po prostu zawsze mnie rozbierał i kazał chodzić nago... Nikt nie wie kiedy sie zaczęło... Mama przygarneła mojego kuzyna..jego mama umarła... Pierwszy raz przyszedł w październiku... Moja mama mu pozwoliła..bo bał sie... Miałam 10 lat. dotykał tam gdzie nie powinien... a ja tylko płakałam.. czułam sie sparaliżowana strachem... W kolejne noce juz nie pytał mamy.. po prostu przychodził. Bardzo bolało... Miał wciąż nowe pomysły. Miałam w sobie kredki...trzonek latarki..kilka palców na raz... Krwawiłam... Błagałam by przestał... Zatykał mi usta...robiło sie tak ciemno... szeptał do ucha"jak ciocia sie dowie... pojdziesz do domu dziecka..albo do ojca"... bałam sie ojca...tak bardzo mnie bił... nie chciałam do niego wracać.. czułam się w potrzasku... Ni...

boję się...

Obraz
tak po prostu... bardzo się boję... bo są dni kiedy przychodzi do mnie pustka umysłu zlepiona w kulkę plasteliny z powyciąganą włóczką z wnętrza i znajduje sobie dom gdzieś wewnątrz mnie... Ma różne postaci... Nieraz wpada mi do gardła, odmawia daru wymowy, zabiera głoski, sylaby, wyrazy... Nieraz odmawia mi oddechu... Duszę się i krztuszę, a ona unosi się pod sufitem niczym wszechwiedzące czarne ptaszysko czasu... Nic wtedy nie jest takie, jakim by się wydawać mogło, że jest i takie jakim widzą to inni... Są dni, że zbierający się ból eksploduje... Robi spustoszenie w głowie... Myśli wiąże snopowiązałką, podpala i płonące topi w rzece... Zostaje tylko pustka bezdna, dno z pustką, pusta otchłań pozbawiona końca, ciągnąca się w continuum czasu... Pojawiają się momenty tęsknoty za nie-absurdem, ale spychane są w otchłań i niesione przez prądy rzeczne gdzieś poza kres mego wzroku.. Nie mam sita, którym mogłabym je wyłowić... Nie mam też już ochoty i siły do życia.    

wyjaśnianie wszystkiego do końca...

Obraz
nie wiem czy jest to wada..choroba... wiem jednak że wyjaśnianie do końca jest dla mnie ważne..z jednego powodu..nigdy mnie nie zawiodło... cudownie jest mieć kogoś kto ufa i wierzy drugiej osobie w 100%. ja jednak poprosiłam kogoś o pomoc w sprawdzeniu IP komputera... okazuje sie ze moje "sprawdzanie do końca"chroni mnie przed cudzym kłamstwem... nawet jeśli to chore...to póki co zostanę przy tym... bo boję się kłamstwa. i boję się być okłamywana. a listopad..żmudny..trudny...z burzą emocji i uczuć.. z przeczuciem...i intuicją.. ze strachem i silną chęcią zakończenia marnego żywota jaki wiodę. listopad...i październik to czas opuszczenia...przez matkę... to czas śmierci bliskiej mi osoby...to czas kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z własną bezwolnością w konfrontacji z prawdą.. to czas kiedy zachowuję się jak mała Aga...która wiedziała że mówi prawdę..i bardzo chciała by matka jej uwierzyła. która była pewna swojej niewinności. dziś zauważyłam związek z uczuciami i histori...

może..

ja może mam jeszcze"niewiele lat"..ale wiem że warto ufać swemu przeczuciu... może jestem głupia..ale chyba nie aż tak...

spokoju...

Nie chcę myśleć, więc chyba nie chcę być... Skupiam się na skurczonym żołądku i obolałym sercu... Na tym żeby nie potknąć się, gdy uciekam z zamkniętymi oczami... W gnijącą już zieleń i przyklejającą się do ciała noc...

przepraszam

przepraszam jeśli nieumyślnie kogoś uraziłam. mój post o terapii nie miał na celu dokopania... mój post o terapii był tylko wyrazem mojego rozżalenia że znów nie trafiłam...że potrzebuje..czuję ze jestem na skraju a nie znalazłam miejsca...gdzie by mi ktoś pomógł. przepraszam jeśli posądzam kogoś o kłamstwa..lub nieuczciwość.. nie nienawidzę nikogo... jestem zła na całą sytuację... że zostałam wmieszana w małżeńskie spory zupełnie bez mojej wiedzy..chęci...i woli... i że przez to starłam sie z kimś dla mnie bardzo ważnym... jestem po prostu zmęczona. czuję się zagubiona i w potrzasku. nie zrobiłam nic złego.tylko/aż tyle chciałam tu napisać. ps.dziękuję za wyjaśnienie..rozmowę..i szczerość..