Skrajem lasu...
Snułam się wczoraj z moimi myślami skrajem lasu... Z księżycem pod rękę spacerowałam powoli... Przegryzłam wieczór kromką chleba nie zaspakajając głodu bycia... bo żeby go zaspokoić, trzeba poczuć.... Chcę sprostać...nie wiem, czy potrafię ... Coraz mocniej przymykam zmęczone powieki... a starej we mnie duszy, całkiem opadły już ręce. Skoro jej nie zależy, to jak ma zależeć na czymkolwiek mi samej? Moje czułe struny, obrzęknięte i obolałe, nie przenoszą żadnych dźwięków... Te głosowe, nie są w stanie wzbudzić żadnych rezonansów... Milcząco więc idę... Z księżycem pod rękę... Wdycham wiatr.