południe
południe... wychodzę do sklepu..jest w nim moja matka... odwróciła się plecami.. udawała że mnie nie ma... słyszę"nie przejmuj sie"..ale jak? jak... gdy to"matka? piszę do przyjaciół..również tutaj... tłumaczę że przeżywam żałobę.. kogoś straciłam.. coś straciłam.. że muszę po trosze umrzeć aby potem móc żyć dalej... nie poganiajcie mnie..proszę.. po prostu bądźcie... ja przez ten czas samotności zrozumiałam że "pragnąć" to nie to samo co "móc"... pragnę matki..dziecięcymi marzeniami..ale nie mogę jej mieć..bo jestem dorosła..a moja matka jest chora psychicznie. jestem sama sama z wieloma nieprzepracowanymi emocjami sama z bólem, który dokucza i dokucza. jak mam sie do tego zabrać? jak uzyskać kontrolę nad własnym smutkiem? rozważam to cały dzień. muszę opracować własną strategię. mózg pracuje na wysokich obrotach... "wolno mi płakać"..rozumiem to dobrze.. to pierwszy krok... płakać...jak długo?jak często? mogłabym to robić bez końca... dotą...