Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2015

pozdrowienia od Dąbrowskiego...

Obraz
Wychodzę przed dom. Spóźnione krople wolnym taktem spadają na mokry beton. Na bardzo późnym papierosie patrzę w niebo wyprane z gwiazd. Czekam na sobotę. Czekam na czas poza teraźniejszością Czekam na dźwięki w przytulnej knajpce ze starymi hitami... I na sen..bez lęku. PS.Kartkuję Dąbrowskiego: Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi za wasz lęk przed absurdem istnienia i delikatność niemówienia innym tego, co w nich widzicie, za niezdarność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością, za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego, za nieprzystosowanie do tego, co jest a przystosowanie do tego, co być powinno. ...czuję to pozdrowienie bardzo mocno.

Oswajam nową przestrzeń...

Obraz
Swiat mnie fascynuje... Czerpię przyjemność ze spotkań, jedzenia, zapachów, kolorów i kształtów... Jest we mnie spokój i zdrowy dystans. Jestem bardziej pewna siebie i mniej bierna, prawie już wcale zewnątrzsterowna. Nie stoję też tak całkiem z boku, buduję relacje. W nowym kontekście z ciekawością odkrywam i poznaję siebie na nowo... Lato się kończy a ja marzę nadal, by wejść do jeziora otulonego sosnowym lasem, gdzie małe rybki ławicą obwąchują łydki... Czuć pod bosą stopą mech i krople rosy... Mam ochotę, jak Pocahontas, pobiegnąć leśnych duktów szlakiem.. Wspominam kurz woodstocku, chłód namiotu, zapach igliwia i nocnych spacerów nad brzeg jeziora. Wsuwam się pomiędzy jestem a będę z łatwością jednego spojrzenia. Segreguję, układam i wyrzucam co niepotrzebne. Planuję nowe...tuż obok... Ramię w ramię. Dotyk w dotyk. I tylko czas tak powoli płynie między tutaj..a tam... Między Dawidoff Cool Wather a Light Blue.

psikus tchnienia...

Obraz
tej nocy miałam koszmarny sen, że ktoś włamał się do mojego wnętrza jak do okradanego pokoju... otworzył mnie... wyszorował do czysta i złożył z powrotem... martwą...ale teraz już do przyjęcia... czasem mogę się schronić przed tymi koszmarami. czasem nikt nie ma nade mną władzy w moich snach. uspokajam oddech... wciągam powietrze... czuję zapach lata... i ciepłą fakturę skóry. zasypiam spokojna.

spadające...marzenia.

Wyjadam prosto z pudełka resztkę lodów czekoladowych... zagryzając je lekko wilgotnymi chipsami o smaku zielonej cebulki i popijając piwem żurawinowym. Tak, wiem, jak to brzmi. Ale smakuje całkiem nieźle... Choć słońce na zewnątrz jeszcze mocno świeci, zaciągam rolety na sam dół, włączam Spadochron i chowam się cała pod kołdrą... Czuję, jak serce wali mi w brzuchu wielką plażową piłką... Nie lubię bezzapachowej pościeli. To jest ten mój moment nieczucia, niebycia... Nie wiem, który już raz z rzędu odtwarza się ta sama płyta, ale jest już ciemno... Odsłaniam rolety... Gdy późną nocą palę papierosa w oknie, zawsze widzę spadające gwiazdy. Choć jedną. Tym razem tkwią w bezruchu, jak szpilki mocno wbite w ciemne sukno... Przypadek? Nie sądzę. Smutno. Zeżarłam całe lody...