Nocne koszmary nie przestają nawiedzać mojej duszy... Stałam się ich prywatnym niewolnikiem.. Jestem nim zarówno na jawie jak i we śnie. Moja egzystencja podporządkowała się im... Swoją siłą i mocą omotały moje ciało będące zwierciadłem mej duszy. Bo to jedno zespawane na stałe i na zawsze stanowiące spójność między bytem a marą... Ciało to, które dalekie jest do doskonałosci, zdegradowane przez psychikę sprawia, że nie można na nie patrzeć.. A sny otaczaja swymi mackami, zaciskają sie coraz mocniej na kazdym jego marnym milimetrze... Im dalej, tym mocniej... Miażdzą i tak wyschnięte z łatwoscią zelaznego młota, kruszą wszytsko, czego dotkną, rozpuszczają mnie niczym kwas...na poczatku miękcząc każdą tkankę po kolei... Kopią mi dół w rozmokłej ziemi, na bagnach otoczonych pustką, gdzie nie ma nawet czasu i ciszy...gdzie diabeł nie zagląda i gdzie Bóg nie słyszy... A sny rosna w siłę...coraz gorsze i coraz straszniejsze...coraz potęzniejsze.. Tulą mnie do sieb...