Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2007

....

"Potrzba wiele dyscypliny i ciepliwości aby przez to przejść. I nadziei. Gdy jej nie ma, nie wolno trwonić sił walcząc z niemozliwym. Ale nie jest to sprawa Nadziei na przyszłość. choddzi raczej o ponowne stworzenie przeszłości..."

On...

On pachnie domem...pomyślalam dzisiaj... On pachnie najczystszym domem...tn dom pachnie szamponem Head&Shoulders, ma skórę ciemniejszą od mojej... a jak sie uśmiecha..po tylu latach wciąż trzęsą mi sie kolana...

nadzieja...

na miękkim dywanie leży Ona   alabastrowa szyja splątana brudnym sznurem martwe już oczy z wyrytym znakiem zapytania rozchylone, białe wargi jeszcze mokre od śmiertelnej dawki delikatne nadgarstki ozdobione branzoletą zaschłej krwi   lakierowanym obcasem miażdżę jej krtań pochylam się i szepczę "wybacz nadziejo - musze mieć pewność"...

---....---

tu jest nagłówek w ktorym rzeczy zwykłe   bolesnie   spajają agrafką podupadłe metafory świata   to co w środku czego nie widać to powinno zastanawiać   jak podróż w głab kiedy wychodzi się ze słowa i w słowo się powraca...

.....

znowuu deszcz palcem po szybie przemierzam oceany kropel płynę wpław..

na rozgrzeszenie nie czekam...

I tak byłam sobie bez prawa głosu...z niemym krzykiem... z sinymi udami..które tak częso tętniły z bólu, przypominając mi co się stało...   Taka bardzo brzydka, poraniona,podarta i brudna...   Zupełnie nie wiem kiedy mnie poraniono i podarto...   Na pewno na zewnątrz zbyt często się śmiałam... Nie byłam subiektywna... Bałam się.. Pewnie gdzieś miałam też swoje własne zdanie... Nie umiałam płakać... Patrzyłam mu prosto w oczy i milczeniem mówiłam"nienawidzę cię"...   Za grzechy swoje załuję...obiecuję poprawę...   Na rozgrzeszenie nie czekam...  

nocnie...

Nocne koszmary nie przestają nawiedzać mojej duszy... Stałam się ich prywatnym niewolnikiem.. Jestem nim zarówno na jawie jak i we śnie. Moja egzystencja podporządkowała się im... Swoją siłą i mocą omotały moje ciało będące zwierciadłem mej duszy. Bo to jedno zespawane na stałe i na zawsze stanowiące spójność między bytem a marą... Ciało to, które dalekie jest do doskonałosci, zdegradowane przez psychikę sprawia, że nie można na nie patrzeć.. A sny otaczaja swymi mackami, zaciskają sie coraz mocniej na kazdym jego marnym milimetrze... Im dalej, tym mocniej... Miażdzą i tak wyschnięte z łatwoscią zelaznego młota, kruszą wszytsko, czego dotkną, rozpuszczają mnie niczym kwas...na poczatku miękcząc każdą tkankę po kolei... Kopią mi dół w rozmokłej ziemi, na bagnach otoczonych pustką, gdzie nie ma nawet czasu i ciszy...gdzie diabeł nie zagląda i gdzie Bóg nie słyszy...   A sny rosna w siłę...coraz gorsze i coraz straszniejsze...coraz potęzniejsze..   Tulą mnie do sieb...