u.m.i.e.r.a.m.
Umieram...
Czuję w sobie gorący oddech...
Słyszę go...
Kołysanka...
Każdy oddech , każdy kolejny unosi z brzucha w górę trochę bólu.
Coraz więcej.
Coraz wyżej.
Już jest w piersiach.
Już jest w gardle.
Już jest w oczach.
Cieknie po policzkach.
Jest dźwiękiem.
Boli...
Płaczę...
Wyję...
Obudziłam się.
Telewizor szeptał w sąsiednim pokoju.
Gwizdał czajnik z wodą na herbatę.
Nie chciałam Cię obudzić.
Nie.
Krzyczałam.
Długo, przeciągle, psio.
Wstałam.
Poszłam do kościoła.
Ksiądz trzy razy stuknął w konfesjonał. To już, pomyślałam, po wszystkim? Bógsię nie gniewa?
Nie.
Nie gniewa.
Przynajmniej ja nic nie słyszałam, nie mówił nic, ani słowa pomiędzy"tak, córko?" do "in nomine Patri et Filii et spiritussancti"
Kościoły są zawsze ciche.
A stuk obcasów wypełnia je wibrującym echem...
smutny ten Twój blog. Przesyłam dużo pozytywnej energii.
OdpowiedzUsuńtaki jak ja....szczery po prostu...ale kiedys bedzie pięknie...naprawdę..ja w to wierzę.
OdpowiedzUsuńZawsze kiedy zasypiamy - umieramy na "troche". A potem powracamy do rzeczywistosci zapamietujac czasami nasze podroze podniebne. I dobrze, ze wracamy, bo swiat naprawde jest piekny. Trzeba tylko uwierzyc w kolory. I tego Tobie zycze!
OdpowiedzUsuń