koniec walki

 

Prędzej czy później przychodzi moment kulminacyjny...

Wszystkie emocje zbijają się w jedną kulę i tykają, czekając spokojnie na godzinę zero...

Wystarczy jedno słowo, jedno nietak i jedno inaczej a balonik pęka, rozwalając swoje drobinki dookoła... Uderza w to tu, to tam i wcale nie jest fajnie...

Ani z jednej strony ani z drugiej...

Aniołem nigdy nie byłam. Więcej... Tkwię w przekonaniu, ze nigdy nie będę...

W momencikach kulimacyjnych wystawiam pazury i drapię...

Czasem czuję się jakbyśmy faktycznie stali po przeciwnych stronach rzeki

i przerzucali się słowami i argumentami...

Konflikciki drobne w połączeniu z ciężkim tygodniem tworzą takie a nie inne samopoczucie...

Spod ciemnej gwiazdy...

Na skrzyżowaniu potrzeb...

Nic wielkiego...

Nic dramatycznego...

Nagła, krótkotrwała ulewa, po której niebo robi się lazurowe...

I ziemia już nie drga a ja łagodnieję...



Choć nie mam sił juz walczyć...



  

Komentarze

  1. Agus...powalcz, bo jak nie ty to kto? przytulam jak i ty przytulałaś mnie....

    OdpowiedzUsuń
  2. kawowajulia@poczta.onet.pl25 czerwca 2007 07:16

    Trzeba walczyc o siebie. Najzwyczajniej w swiecie - trzeba i juz.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

czy...?

jesiennieję...

bang,bang.