boję się...

tak po prostu...
bardzo się boję...
bo są dni kiedy przychodzi do mnie pustka umysłu zlepiona w kulkę plasteliny z powyciąganą włóczką z wnętrza i znajduje sobie dom gdzieś wewnątrz mnie...
Ma różne postaci...
Nieraz wpada mi do gardła, odmawia daru wymowy, zabiera głoski, sylaby, wyrazy... Nieraz odmawia mi oddechu...
Duszę się i krztuszę, a ona unosi się pod sufitem niczym wszechwiedzące czarne ptaszysko czasu...
Nic wtedy nie jest takie, jakim by się wydawać mogło, że jest i takie jakim widzą to inni...

Są dni, że zbierający się ból eksploduje...
Robi spustoszenie w głowie...
Myśli wiąże snopowiązałką, podpala i płonące topi w rzece...
Zostaje tylko pustka bezdna, dno z pustką, pusta otchłań pozbawiona końca, ciągnąca się w continuum czasu...
Pojawiają się momenty tęsknoty za nie-absurdem, ale spychane są w otchłań i niesione przez prądy rzeczne gdzieś poza kres mego wzroku..
Nie mam sita, którym mogłabym je wyłowić...
Nie mam też już ochoty i siły do życia.


  

Komentarze

  1. Proszę, nie poddawaj się, bądź silna, wierzę w Ciebie i Cię podziwiam.Jesteś silna i nie pozwól sobie wmawiać, że jest inaczej, dasz radę, ja w to wierzę i wiem, że tak będzie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

czy...?

jesiennieję...

bang,bang.