ale o co chodzi?

Budować,
nie negując tego co już powstało...
Budować obok, współistniejąc...

Dopowiedzieć resztę prawdy...

Niełatwe.

Ale nie niemożliwe.

Rozwalić świat i zbudować coś nowego…

to zbyt wielka odpowiedzialność.

Ale...stworzyć jakąś nową część świata,

by zagłuszyć nią te części,

które krzyczą niewyraźnymi głosami… to już coś...


Przeraźliwie zimno we mnie...

Zagląda tylko śmierć w oczy –

i to okazuje się być najczęściej najbardziej skutecznym rozwiązaniem.

Myśl goni myśl i już pełno tego w głowie...

Opętanie mózgu ideą niebytu –

coraz to silniejsze, ale nie z powodu ciągoty nirwanistycznej,

tylko to nihilistyczne...albo z bezsilności...nie wiem...

Zniszczenie siebie, zatarcie wszelkiego śladu,

taka toksyna, która jeszcze wiele mnie samej zabije po drodze...

Jeden wielki teatr zdechłych kukiełek...

Duszący bluszcz,

który jednocześnie truje bez nacisku nawet,

a jeszcze gorzej gdy się zaciska na szyi –

tak coraz bardziej realnie chwyta za gardło,

sugestywne, prawda?

Tak samo jak zdrapywanie kolejnych masek ze swojej twarzy,

kolejnych i kolejnych.

Bez końca, bez dotarcia do prawdziwego ja,

które można będzie odkryć...

pokazać...

i dzięki niemu w końcu normalnie żyć...

To jest obietnica raju – nie gdzieś tam po śmierci,

ale tu ma być wybawienie...jeszcze za życia,

zaznanie spokoju...odkrycie siebie i wola,

przede wszystkim niczym nieskrępowana –

ani własną ułomnością, ani ułomnością nikogo innego...


2:43...

mam dwie odpowiedzi na swój wywód-

albo bredzę...

albo bredzę...


powinnam od dawna spać.

  

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

czy...?

jesiennieję...

bang,bang.