korzenie...
zatrzęsło moim światem...
zwłaszcza tym niegdyś zamkniętym na klucz...
przez wiele lat mego życia budziłam się w środku nocy zlana potem...
wiele razy lęk nie pozwalał mi zamknąć oczu na wiele godzin ...
wiele dni trwałam w niebycie wspomnień...
próbując scalić mój świat...
wiele dni bywało takich że najlepiej czułam się w swoim pokoju
przy zaciągniętych żaluzjach...
obejmując dłońmi swoje nogi i kołysząc samą siebie...
bywało tak,
że śmierć wydawała się już jedynym możliwym rozwiązaniem...
czasem wychodząc z terapii klęłam na siebie...
przysięgałam ze nigdy więcej tam nie pójdę...
że to masochizm chodzić po to by tak bolało...
a dziś...
lubię leżeć na gołej podłodze i chuchać na szybę balkonową,
patrzeć jak kółeczko z mego oddechu powoli znika...
i znów mogę widzieć dokładnie dąb za oknem....
lubię planować...jeszcze nie daleką przyszłość...
bo wciąż się boje że zniknę...
ale tą najbliższą...
jutrzejszą...
mam odwagę marzyć...
doświadczam marzeń spełnianych...
nie myślę już że nie mam prawa ich mieć...
myślę.. że każdy ma prawo...ja również...
lubię być...
i choć nadal drepczą za mną moje czarne wspomnienia...
to częstuję je kolorowymi okruszkami teraźniejszości...
i z radością stwierdzam...ze ta czerń nieco się oswaja:)
zupełnie niedawno odkryłam,
że nie czuję już tymczasowości...
jakbym dotknęła czubkami palców ziemi...
jakby moje stopy zaczynały wypuszczać korzenie...
tu i teraz...
zwłaszcza tym niegdyś zamkniętym na klucz...
przez wiele lat mego życia budziłam się w środku nocy zlana potem...
wiele razy lęk nie pozwalał mi zamknąć oczu na wiele godzin ...
wiele dni trwałam w niebycie wspomnień...
próbując scalić mój świat...
wiele dni bywało takich że najlepiej czułam się w swoim pokoju
przy zaciągniętych żaluzjach...
obejmując dłońmi swoje nogi i kołysząc samą siebie...
bywało tak,
że śmierć wydawała się już jedynym możliwym rozwiązaniem...
czasem wychodząc z terapii klęłam na siebie...
przysięgałam ze nigdy więcej tam nie pójdę...
że to masochizm chodzić po to by tak bolało...
a dziś...
lubię leżeć na gołej podłodze i chuchać na szybę balkonową,
patrzeć jak kółeczko z mego oddechu powoli znika...
i znów mogę widzieć dokładnie dąb za oknem....
lubię planować...jeszcze nie daleką przyszłość...
bo wciąż się boje że zniknę...
ale tą najbliższą...
jutrzejszą...
mam odwagę marzyć...
doświadczam marzeń spełnianych...
nie myślę już że nie mam prawa ich mieć...
myślę.. że każdy ma prawo...ja również...
lubię być...
i choć nadal drepczą za mną moje czarne wspomnienia...
to częstuję je kolorowymi okruszkami teraźniejszości...
i z radością stwierdzam...ze ta czerń nieco się oswaja:)
zupełnie niedawno odkryłam,
że nie czuję już tymczasowości...
jakbym dotknęła czubkami palców ziemi...
jakby moje stopy zaczynały wypuszczać korzenie...
tu i teraz...
To dobrze,pieknie. Korzenie musimy miec. Korzenie i skrzydla. Bardzo potrzebne do zycia. Jedne do tego, abysmy gdzies przynalezeli, drugie- do naszej potrzeby wolnosci. Musimy umiec sie "zakorzenic", bo inaczej bedziemy znikad. Musimy miec swiadomosc wolnosci, a wtedy nasze skrzydla zabiora nas daleko- nawet w marzenia. Pozdrawiam Angel!
OdpowiedzUsuńDobrych Swiat i radosnych, zdrowych i pieknych! Dla Ciebie Angel i Twoich bliskich!
OdpowiedzUsuń