Skrajem lasu...

Snułam się wczoraj z moimi myślami skrajem lasu...
Z księżycem pod rękę spacerowałam powoli...
Przegryzłam wieczór kromką chleba nie zaspakajając głodu bycia...
bo żeby go zaspokoić, trzeba poczuć....

Chcę sprostać...nie wiem, czy potrafię...

Coraz mocniej przymykam zmęczone powieki...
a starej we mnie duszy, całkiem opadły już ręce.
Skoro jej nie zależy, to jak ma zależeć na czymkolwiek mi samej?


Moje czułe struny, obrzęknięte i obolałe, nie przenoszą żadnych dźwięków...
Te głosowe, nie są w stanie wzbudzić żadnych rezonansów...

Milcząco więc idę...
Z księżycem pod rękę...
Wdycham wiatr.
  

Komentarze

  1. Aby pocieszyc sama musialabym byc radosna ... Rozumiem doskonale. Tak czasami jest . Swiat sie sypie, jak czlowiek na Twoim zdjeciu. Skoro Feniks powstal z popiolow to i nam sie uda. Potrzeba tylko czasu. Pozdrawiam Cie cieplutko! Jak na razie "nie moge powrocic do siebie" do postow, chociaz pisze codziennie jak oszalala. Pisze tylko dla siebie. Wszystko jest "za nowe", aby tym podzielic sie ze swiatem. Musze dojrzec.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

czy...?

jesiennieję...

bang,bang.