Pajęczyna bólu...

Dopada mnie razem ze zmierzchem na ulicach i ścianami wypełnionymi tylko moją obecnością...

Zwyczajnie...jak kolejna niewyjaśniona oczywistość...

Amplituda wahań i drgań.Poczucie bliskości a jednocześnie niesamowitej odległości...

Jakieś kolejne na marginesie zapisane myśli...

Jakaś ja...nie na głównej drodze.

Dopada mnie nastrój w sam raz na to,co leci w radiu,co dotrze do moich nozdrzy.Nastrój mam w sam raz na spadające gwiazdy których nie mogą wypatrzeć moje oczy poprzez warstwę chmur...

Bo to jest taka pajęczyna bólu z miliardem nitek.Gdzie nie wyjdziesz tam już jest ktoś,kogo znasz...kogo nie znasz...

Zimno mi...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

czy...?

jesiennieję...

bang,bang.