krok do tyłu...krok do przodu.
cofam się...bo nie wierzę ze zasługuję na dobro.
dystansując się...zabieram sobie to"miłe" które mogłabym dostać.
Czuję..że bliskość jest równa krzywdzie.
zaufanie rani.
gdy staję się dla kogoś ważna...uciekam.
pragnę..ale rezygnuję.
próbuję wypłynąć na powierzchnię...by spaść niemal na dno...
Asymptota celu...
jednakże... postawiłam krok naprzód.
bolesny..ale ważny.
Kilkanaście zdań snuje mi się po głowie i nie może znaleźć sobie miejsca, zgrabnie nawiązać jedno do drugiego, stworzyć w miarę logiczną całość, którą będzie można przyswoić.
Zupełnie jak ja snująca się z kąta w fotel, z fotela na kanapę, nie mogąca wpasować się w kompozycję dzisiejszego dnia, kompletnie nieprzyswajalna...
Jeżeli całe życie to jedno wielkie falowanie i spadanie, to właśnie spadam...
Na tyle szybko, by nie mieć się czego złapać, na tyle wolno, by być świadomą tego faktu...
W snach o spadaniu zawsze budzę się tuż nad dnem z kołataniem serca i ulgą gaszącą strach, że nie roztrzaskałam się o kamienną posadzkę...
Surrealistyczny sygnał ostrzegawczy.
Można też spadać jak Alicja przez króliczą norę:
nie potłuc się ani trochę,
znaleźć klucz, ciastko i tajemniczą buteleczkę,
sprytnie zrobić z nich użytek
i wydostać się przez właściwe drzwi...
Krzepiące...
Jasne, że wciąż mogę odważnie rozbijać swoje dzienne dawki szczęscia...
i wbrew wszystkiemu nad przeciwnościami losu robić zwinne pas de chat...
Nie zmienia to jednak faktu, że są obszary, w których dotychczasowe strategie już się nie sprawdzają...
Moje spadanie to nic innego,
jak czas pomiędzy końcem a początkiem...
między-etapowy moment wewnętrznej transformacji.
czas podjęcia ciężkiej decyzji.
I wiem tylko tyle, że wybrać muszę mądrze.
I choć wciąż mogę upaść bez szwanku jak Alicja, to już nie mogę być dziewczyną z niekończącymi się zapałkami...
Za moimi plecami zakradły się nieznane mi wcześniej demony, z którymi muszę się zmierzyć, bo nikt inny nie chciał...
I wiem, że będzie bolało i że nie będzie odwrotu...
Walka o wszystko...
dystansując się...zabieram sobie to"miłe" które mogłabym dostać.
Czuję..że bliskość jest równa krzywdzie.
zaufanie rani.
gdy staję się dla kogoś ważna...uciekam.
pragnę..ale rezygnuję.
próbuję wypłynąć na powierzchnię...by spaść niemal na dno...
Asymptota celu...
jednakże... postawiłam krok naprzód.
bolesny..ale ważny.
Kilkanaście zdań snuje mi się po głowie i nie może znaleźć sobie miejsca, zgrabnie nawiązać jedno do drugiego, stworzyć w miarę logiczną całość, którą będzie można przyswoić.
Zupełnie jak ja snująca się z kąta w fotel, z fotela na kanapę, nie mogąca wpasować się w kompozycję dzisiejszego dnia, kompletnie nieprzyswajalna...
Jeżeli całe życie to jedno wielkie falowanie i spadanie, to właśnie spadam...
Na tyle szybko, by nie mieć się czego złapać, na tyle wolno, by być świadomą tego faktu...
W snach o spadaniu zawsze budzę się tuż nad dnem z kołataniem serca i ulgą gaszącą strach, że nie roztrzaskałam się o kamienną posadzkę...
Surrealistyczny sygnał ostrzegawczy.
Można też spadać jak Alicja przez króliczą norę:
nie potłuc się ani trochę,
znaleźć klucz, ciastko i tajemniczą buteleczkę,
sprytnie zrobić z nich użytek
i wydostać się przez właściwe drzwi...
Krzepiące...
Jasne, że wciąż mogę odważnie rozbijać swoje dzienne dawki szczęscia...
i wbrew wszystkiemu nad przeciwnościami losu robić zwinne pas de chat...
Nie zmienia to jednak faktu, że są obszary, w których dotychczasowe strategie już się nie sprawdzają...
Moje spadanie to nic innego,
jak czas pomiędzy końcem a początkiem...
między-etapowy moment wewnętrznej transformacji.
czas podjęcia ciężkiej decyzji.
I wiem tylko tyle, że wybrać muszę mądrze.
I choć wciąż mogę upaść bez szwanku jak Alicja, to już nie mogę być dziewczyną z niekończącymi się zapałkami...
Za moimi plecami zakradły się nieznane mi wcześniej demony, z którymi muszę się zmierzyć, bo nikt inny nie chciał...
I wiem, że będzie bolało i że nie będzie odwrotu...
Walka o wszystko...
Pieknie piszesz ...
OdpowiedzUsuń