konfrontacje z wnętrzem.

Kolejna próba i kolejna...
Na ile mnie Boże wystawiłeś?
Ile znieść jeszcze będę musiała, nim podejmę decyzję by spaść niczym płatek śniegu na ciepłą ziemię i zniknąć?


W konfrontacjach z czymkolwiek rzeczywistym wypadam dość słabo.

Siła i codzienny pancerz rozsypują się jak piasek przepuszczony przez palce, nawet – a może tym bardziej - jeśli jestem stawiana w roli faworyta.

Z jakiegoś nieokreślonego powodu nie staję do walki w narożniku, nie ustawiam się na linii startu, tylko sama się dyskwalifikuję.

Poddaję się i spisuję siebie na starty nim bomba pójdzie w górę, w związku z czym mam to, na co godzę się. Zresztą, gdy się nie godzę, to też mam.

Czasem chowam się cała pod kołdrą i wyobrażam sobie, że nie ma tego, co na zewnątrz. Jakby świat przestawał zupełnie istnieć, tak zwyczajnie (oglądając wiadomości i tak nie wróżę mu lat świetności), albo jakbym przestawała istnieć ja.

Tylko, że to i tak nie daje nic, bo jak już pisałam: w konfrontacjach wypadam dość słabo.

Mam nadzieję,że przetrwam.
Wszak boję się tego..czego pragnę.
10557147_672374346179758_7749185734735733549_o

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

czy...?

jesiennieję...

bang,bang.