nieumiarkowanie...

To coś..co mam w sobie od zawsze.
do końca.
na całego.
ostatkiem sił.

Paluszki jem na paczki...
czekoladę na tabliczki.

Piosenkę, która wpadnie mi w ucho,
jestem w stanie słuchać non stop
aż do momentu, gdy mam jej dość na najbliższe trzy lata...

Kiedy się śmieję, to brak mi tchu...
Kiedy płaczę, to do ostatniej kropli...

Jestem zachłanna na kolory,farby i wiedzę...
Na książki i smakowanie chwil...
Na odczuwanie i krówki.

I na kilka innych rzeczy też.

Gdy słyszę: nie, często myślę: a właśnie, że tak!

Wszelkie ograniczenia działają na mnie, jak płachta na byka. Taranuję je...

Dlatego czasem jestem jak ćma,
która leci na czołowe z płomieniem świecy.

Czasem jak kot, który wdrapuje się na najwyższą gałąź drzewa, a potem kombinuje, jak wylądować na czterech łapach.

Spaceruję po linie i, gdy jest mi na niej zbyt pewnie, kołyszę się, by sprawdzić, czy i tym razem uda mi się utrzymać równowagę?

A choć boję się wysokości, to zawsze wychylam się, jak najdalej, by spojrzeć tam, gdzie rzut oka nie sięga.

Gdzieś tam z tyłu głowy czasem coś mi szepce: curiosity killed the cat ale zaraz potem jakiś diabeł z błyskiem w oku odpowiada: satisfaction brought it back.

I się nie myli.



Ale moje nieumiarkowanie ma też dobre strony.

Nie pozwala mi tkwić w schematach i wykonywać zadań w narzuconym od-do.

Spuszcza myśli, jak psy ze smyczy, które gnają przed siebie, wyłapując wszystko to, co widzą wkoło, dla innych nie_do_pomyślenia.

Czasem przekraczam granice, bo ich nie widzę, bo dla mnie zwyczajnie nie istnieją.

I uwielbiam mieć wokół siebie taką przestrzeń, by móc wyciągnąć ramiona na całą szerokość. Dopasowanie się do szablonów po prostu mi nie idzie, a gdy wiem, że muszę się skurczyć, by wtłoczyć się w konkretny wzór, to dostaję mentalnej klaustrofobii i nie mogę oddychać.

I przetwarzam, przerabiam pod siebie nawet tak niezmienne rzeczy jak matematyczne prawdy.

Bo widzę świat trochę inaczej, jak nieułożoną kostkę Rubika i tak lekko po przekątnej.

I nie potrafię nie wystawać za ramkę, spełniać się w akceptowalnym minimum.

Ignoruję wytyczne, gdy czuję, że moja droga jest inna.

Gdy tylko wyczuwam jakieś ograniczenie, choćby delikatny nacisk na nadgarstku, to samoistnie ponosi mnie ułańska fantazja i działam z rozmachem i zamaszyście.

Nie trzymam się wyznaczonych granic, przyspieszam tam, gdzie każą wolno, każdą przeszkodę chcę przeskoczyć. Nie potrafię poruszać się w obrębie wyznaczonych linii, tylko czuję natrętną, nie_do_opanowania potrzebę ich przekroczenia.

W przedziwnych miejscach szukam punktów odniesień...

i właśnie dlatego jeszcze spróbuję.

10404525_705038672866485_5534068155960829416_n

Komentarze

  1. Angel- ciesze sie, ze sprobujesz ! Myslami jestem z Toba.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

czy...?

jesiennieję...

bang,bang.