poplątane nitki dni...

Wczoraj słonko piekło zbyt mocno...
tak mocno..że wieczorną burzę przyjęłam z ulgą...
Owinięta w letnie krople wybrałam się na spacer po ciepłych kałużach...

Cisza myśli...przerywana szelestem oddechu...

Czasem złoszczę się na siebie za powracanie do wspomnień...
wszak przeszłość niewiele ma do zaoferowania teraźniejszości...
a jednak w jakiś przedziwny sposób przedzierają się
nitki z kiedyś...
do tkanego dywanu życia z teraz...
smutniej mi wtedy...
i zal bardziej...
czasem źle...

ale może te nitki są jakoś potrzebne do całości...?
  

Komentarze

  1. ~niepokonana8 lipca 2012 05:21

    Większość powie, że do całości niezbędne są wszystkie nitki...ja mówię, że wiara, nadzieja i wola walki czyni cuda. Odetnij nitki, które sprawiają, że nie możesz oddychać. Nie są Ci potrzebne. :)Ściskam Cię i przytulam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nitki nie moga nas krepowac. Nie moga zatrzymywac, ani sprawiac iz dalej nie pojdziemy. Na nitki nawleka sie najpiekniejsze chwile i wspomnienia. Kiedys mowilam, ze na nitke nawlekam perly codziennosci. Takie zwyczajne, a jednoczesnie niezwyczajne cudenka. Patrzac na nie dzien nabiera sensu. Jest wtedy dobrze. Tbie Angel tez zycze takich dni pelnych perel. Pozdrawiam Cie!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

czy...?

jesiennieję...

bang,bang.