A moze trzeba wreszcie dotknac kogos mocno, uchwycic za reke? Zjesc cukierka nie liczac uspionych w nim kalorii? A moze trzeba owo "cos " zamienic w konkret, ktory nie ulotni sie z niespelnionymi marzeniami? Moze tak trzeba? Nie wiem.
konkrety nie są łatwe...oczywiscie nie są też niemożliwe...mocne łapanie kogoś za ręke...prawie zawsze konczy sie tym, że żałuję iż zaufalam....CZasem wolę tylko muskać..mieć substytut pewnosci ze nie jestem sama......ze to w ogóle jest...wiesz..moze to ja jestem jakaś pechowa...
Nikt nie wie kiedy to się zaczęło... Tato lubił małe dziewczynki... malutkie... Lubił je rozbierać do naga..dotykać... Mama nic nie widziała..krzyczała na mnie ze jestem bezwstydna... Ja nie wiedziałam ze cos złego sie dzieje.. tato po prostu zawsze mnie rozbierał i kazał chodzić nago... Nikt nie wie kiedy sie zaczęło... Mama przygarneła mojego kuzyna..jego mama umarła... Pierwszy raz przyszedł w październiku... Moja mama mu pozwoliła..bo bał sie... Miałam 10 lat. dotykał tam gdzie nie powinien... a ja tylko płakałam.. czułam sie sparaliżowana strachem... W kolejne noce juz nie pytał mamy.. po prostu przychodził. Bardzo bolało... Miał wciąż nowe pomysły. Miałam w sobie kredki...trzonek latarki..kilka palców na raz... Krwawiłam... Błagałam by przestał... Zatykał mi usta...robiło sie tak ciemno... szeptał do ucha"jak ciocia sie dowie... pojdziesz do domu dziecka..albo do ojca"... bałam sie ojca...tak bardzo mnie bił... nie chciałam do niego wracać.. czułam się w potrzasku... Ni...
tak sobie ostatnio myślę... 10 lat wykorzystywania seksualnego... 3650dni... 3650nocy... przetrwałam te 3650nocy myśląc o samobójstwie... i to pomogło mi przeżyć... paradoks... Byłam tak zmęczona dźwiganiem ciężaru własnego ciała, że nie byłam w stanie umrzeć... ale myśl o samobójstwie dodawała mi sił... brak spójności... Bałam się piekła....nie zauważając, że od dawna w nim żyłam.. konsekwencja poszła w las. a ja razem z nią...
Czy ofiara wykorzystania seksualnego może jeszcze kiedys zyć normalnie? a jeśli tak..czy znacie kogoś takiego? i jak on/ona to zrobiła? czy ktoś taki jak ja...ma prawo być?żyć? cieszyć się? czy ktoś taki jak ja...będzie kiedyś czuł się inaczej niż mała dziwka? szmata którą się używa? czy to możliwe? czy realne? czy ktoś może mi pomóc umrzeć? "Ten strach jest we mnie już od dawna. Strach, że wszystkie kontury,kształty i kolory realnego świata, odbudowane z takim trudem i z taką miłością, mogą się rozwiać w chwili zwątpienia, "nagle zgasnąć" jak księżyc w wierszu Blake'a." (S.Plath)
A moze trzeba wreszcie dotknac kogos mocno, uchwycic za reke? Zjesc cukierka nie liczac uspionych w nim kalorii? A moze trzeba owo "cos " zamienic w konkret, ktory nie ulotni sie z niespelnionymi marzeniami? Moze tak trzeba? Nie wiem.
OdpowiedzUsuńkonkrety nie są łatwe...oczywiscie nie są też niemożliwe...mocne łapanie kogoś za ręke...prawie zawsze konczy sie tym, że żałuję iż zaufalam....CZasem wolę tylko muskać..mieć substytut pewnosci ze nie jestem sama......ze to w ogóle jest...wiesz..moze to ja jestem jakaś pechowa...
OdpowiedzUsuńNie mysle, zebys to Ty byla pechowa. Moze trzeba tylko inaczej spojrzec na swiat. Dodac mu kolorow?
OdpowiedzUsuń